powrót do spisu treści

powrót do listy numerów archiwalnych

powrót do strony głównej

Temat wiodący: niechlujstwo


Niechlujstwo w medycynie

Dla WPG specjalna korespondencja od dr Zbigniewa Szczepańskiego z Niemiec




Powiedzmy sobie od razu szczerze i bez ogródek, że niechlujstwo jest w całym obecnym świecie zjawiskiem bardzo powszechnym i niezależnym od wykonywanego zawodu, od pozycji społecznej, od wykształcenia, stanu majątkowego i szeregu innych właściwości, które do niedawna jeszcze inspirowały różne grupy społeczne do godnego reprezentowania siebie i swojej społeczności, zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie. Gdzie się nie popatrzy, wszędzie widać prawdziwe lub rzekome niechlujstwo. Mężczyźni idą do fryzjera, żeby umyć, przystrzyc i uczesać włosy i wychodzą z głowami, na których znajdują się włosy pozlepiane lakierem i sterczące ku górze, robiące wrażenie nie przystrzyżonych i rozczochranych. Szczyt modnej fryzury. Jest to oczywiście fryzura dla ludzi młodych, dysponujących gęstym, zdrowym i młodym włosem. Do tej fryzury dochodzi trzydniowa, rosnąca dziko, czyli nie ukształtowana nożyczkami i brzytwą fryzjerską broda, która jest obecnie także szykiem mody i chociaż całość robi wrażenie nie pielęgnowanej od trzech dni twarzy, nie można powiedzieć, że ci młodzi i gniewni są naprawdę brudni. Znam niektórych osobiście i wiem, że niewielu ludzi dba o czystość osobistą tak bardzo, jak oni właśnie. Niedawne są także czasy, kiedy szczytem mody było noszenie spodni dżinsowych z postrzępionymi nogawkami i podartymi kolanami. Najmodniejsze i najdroższe wdzianka dżinsowe były te, które robiły wrażenie najbardziej wyświechtanych i czasowo zużytych, chociaż de facto były one nie tylko nowe, ale i czyste. Najmodniejsze zaś obuwie, to różnego rodzaju tenisówki i najlepiej trochę przybrudzone. O co więc chodziło i nadal chodzi?

W rozmowie z moim przyjacielem, logicznie myślącym i przede wszystkim młodym usłyszałem, że wszystko co napisałem nie jest złe, ale jest napisane z retrospektywy kilku lub nawet kilkunastu lat. Rozmawialiśmy o wszystkich szczegółach dość długo i jeszcze dłużej potem myślałem o tym wszystkim sam w oczekiwaniu na sen. Musiałem w końcu, po szczegółowej analizie tematu, przyznać mu rację. Każde następne pokolenie chce uczynić świat lepszym i innym i każdej generacji udaje się uczynić go co najmniej innym, co nie oznacza niestety, że lepszym. Ale już sama inność wystarcza do stałego postępu, bez którego żylibyśmy dotąd w jaskiniach. Znamy powiedzenie z okresu szczytowej i gasnącej komuny, –skoro nie można lepiej, to trzeba inaczej”. Nie było to takie znowu głupie, skoro nadal dostrzegamy identyczne postępowanie w ustrojach nie mających z komunizmem nic wspólnego, a także w rozwoju kolejnych generacji, którym zbyt długi pokój odebrał możliwość wykazania się. Mimo woli nasuwa się refleksja Leszka Kołakowskiego na temat obrazu Chagalla przedstawiającego dwóch Żydów stojących na głowach i czytających Torę. Obraz zatytułowany jest „REWOLUCJA”. Może właśnie w tym rzecz, że my starsi, a nawet starzy, nie potrafimy już stać na głowach, musimy z konieczności stać na niepewnych nogach i dlatego widzimy ten obecny świat do góry nogami.

Na szczęście (chyba tylko na szczęście) tu i ówdzie można jeszcze znaleźć nieliczne grupy zawodowe, gdzie niechlujstwo zewnętrzne przynosi straty materialne i nie jest tolerowane lub jest co najmniej niedobrze widziane w obrębie tejże grupy, ale są to wyjątki, które potwierdzają tylko regułę. Nawet jednak i w tych grupach społecznych ludzi schludnie ubranych i wzorowo się zachowujących, widać nieogolone i nie strzyżone brody, zlepione i sterczące go góry włosy, wyświechtane dżinsowe ciuchy, które zapewne są czyste, ale robią niechlujne wrażenie. Niestety, należą do nich także lekarze i pozostały personel medyczny. Nie mam oczywiście nic przeciwko brodom u lekarzy, a czasami mi się nawet podobają, kiedy są kunsztem fryzjerskim i podkreślają nie tylko męskość, ale i urodę mężczyzny, podobnie jak piersi dobrze i przyzwoicie zaprezentowane, podkreślają urodę kobiety.

Mimo wszystko jednak trzeba sobie powiedzieć, że o ile przed ponad 150 laty można było usprawiedliwić lekarzy operujących w świecących od brudu frakach, w których aż roiło się od bakterii, niewiedzą o istnieniu jakichkolwiek drobnoustrojów, o tyle dzisiejsze wyświechtane i szare od brudu kitle lekarskie i pielęgniarskie można wytłumaczyć tylko niechlujstwem zagnieżdżonym we wszystkich duszach całej bodajże ludzkości, od dość dawna już. Skąd bierze się ta niedbałość wewnętrzna prezentująca się na zewnątrz jako brud, bałagan, nieporządek, jako niechlujstwo po prostu u przedstawicieli zawodu, którzy swój główny sukces polegający na przedłużeniu życia ludzkiego zawdzięczają przede wszystkim właśnie higienie, a więc czystości, czyli nazywając rzecz fachowo po imieniu, aseptyce? Nie ma łatwej odpowiedzi na to pytanie. Można zgadywać, można spekulować, ale jednoznacznej odpowiedzi chyba nie otrzymamy. Wydaje mi się jest to moje osobiste zdanie ż – niechlujstwo bierze się z tego co nas otacza, co jest równie niechlujne, brudne i nieporządne tak dalece, że staje się wreszcie imperatywem do asymilacji z otaczającym nas światem zewnętrznym.

Najłatwiej przychodzi nam naśladować wszystko, co nas otacza, naszym zewnętrznym wyglądem, którym staramy się do tego otoczenia dopasować. W brudnym mieszkaniu, czy w brudnej knajpie, czysty gość, w czystym garniturze, w białej koszuli ozdobionej lśniącym krawatem, wygląda jak butonierka w kombinezonie kominiarza tkwiącego po pachy w kominie. Tak samo chyba wygląda lekarz w nieskazitelnej bieli, o czystych rękach i z ogoloną twarzą, w brudnym szpitalu, lub brudnej i zaśmieconej praktyce lekarskiej. Stwarza swoim wyglądem kontrast, który robi na chorym wrażenie niewiarygodności. Coś w tym obrazie przecież nie gra. Albo lekarz udaje czyścioszka, albo ten szpital udaje brudne pomieszczenie. O ile jednak istnieją zakłady pracy, które z racji wykonywanych czynności mogą być brudne, a nawet nie mogą brudu uniknąć, że wymienię warsztaty samochodowe, cynkownie i inne pomieszczenia do obróbki metalu i drewna, o tyle istnieją także zakłady, gdzie niechlujstwo, brud, bałagan i nieporządek są niedopuszczalne, wręcz karygodne. Do nich należą bez wątpienia wszystkie zakłady przeznaczone do ochrony zdrowia.

Są to truizmy, których powtarzanie lekarzom, należącym w każdym zakątku świata do elity społecznej, oblewa rumieńcem wstydu. Próba porównywania lekarzy, pielęgniarek i położnych polskich z niemieckimi w zakresie niechlujstwa, braku porządku, bałaganiarstwa i niedbałości nie jest taka łatwa, jakby się to na pozór wydawało. Każda łączka ma swoje własne chwasty. Utrzymywanie jej w należytej czystości, podobnie jak utrzymywanie swego własnego wyglądu w dbałości i schludności, należy do kultury. Czystość nie była i nadal chyba nie jest silną stroną kultury polskiej. Pod względem czystości otacza przedstawicieli polskiej ochrony zdrowia atmosfera tumiwisizmu. Po co się myć, chodzić z ogoloną twarzą, w czystej koszuli i wyprasowanych spodniach, skoro wokół coraz częściej i gęściej widoczny jest brud, lub pozory brudu i niechlujstwa. Widok niechlujnego lekarza w Polsce jest niestety częsty i liczny, częstszy i liczniejszy, niż lekarza na Zachodzie Europy, ale nie zapominajmy, że nasi zachodni koledzy mają w tym zakresie bardzo utrudnione zadanie. Nie łatwo im przychodzi ruszać się po lśniącym od czystości szpitalu w brudnych łachach. Nie możemy więc przeceniać zdolności niemieckich lekarzy do pokazywania schludności, skoro stworzono im tak nieskazitelnie czyste otoczenie. Nadrabia to następne pokolenie, z reguły ich własne i na szczęście nie w szpitalach, lecz na pochodach poświęconych walce o prawo do życia w brudzie i w prawdziwym lub pozorowanym niechlujstwie.

Kiedy przyjechałem do Niemiec nie zauważyłem specjalnej różnicy między polskimi a niemieckimi lekarzami i personelem średnim w wyglądzie zewnętrznym. Miałem nawet początkowo wrażenie, że Polacy już wtedy w tych samych, co dzisiaj pomieszczeniach służby zdrowia ubierali się w miarę czysto, a nawet tu i ówdzie ciekawiej, dostojniej, bardziej elegancko i czasem nawet dość oryginalnie. Na przykład kolorowe wdzianka, które na pierwszy rzut oka wskazywały swoją barwą na przynależność do takiej a nie innej specjalizacji ułatwiały życie, urozmaicały je i nie były przez to mniej higieniczne od bieli. Wprowadziliśmy w szpitalu gorlickim na wiele lat przed moim „przeniesieniem” do Niemiec tego rodzaju kolorowe ubranka i wszyscy czuliśmy się w nich bardzo dobrze. Położnicy nosili ubranka w kolorze błękitnym, pediatrzy w beżowym, chirurdzy w seledynowym itd.itd., już nie wszystkie kolory pamiętam. I wszystko to za własne pieniądze. Nie miało żadnego znaczenia, że pomieszczenia szpitalne i w lecznictwie otwartym były wówczas, podobnie jak i dzisiaj, pod względem czystości nieporównywalne z niemieckimi. Polski personel służby zdrowia dbał mimo stanu tych pomieszczeń o swój wygląd, jakby podświadomie i niezależnie od płacy i pracy. Odnosiło się wrażenie, że służba zdrowia w Polsce trwała w schludnym oczekiwaniu na lepsze czasy, które chciała przyjąć godnie, można by rzec z honorem, ubogo, ale chędogo. Niemcy zaś, ci na Zachodzie, nie mieli już na co czekać, byli jak zawsze dotąd schludni, lecz zastygli w bieli. Oczywiście czystej, bo jak daleko pamięcią sięgnę, czystość była u nich zawsze częścią kultury i jest nadal.

Nie wiem jak to jest w Polsce teraz, bo od chwili mego wyjazdu z Polski minął już szmat czasu, ale w niemieckich szpitalach, na oddziałach rygorystycznie aseptycznych, panuje przymus rozbierania i ubierania się od stóp do głowy. Wszyscy pracownicy należący do specjalizacji operacyjnych, nie tylko lekarze zresztą, przebierają się w sterylne ciuchy szpitalne, a także w nie sterylne, ale przeznaczone do wyłącznego używania w szpitalu, takie jak skarpetki, obuwie i inne szmatki. Tylko gacie przynoszą z domu i do domu je na powrót zabierają.

Inne, nie zabiegowe specjalizacje, zamieniały za moich czasów w Polsce tylko szarą marynarkę na biały kitel, który był nie koniecznie pierwszej czystości i pewnie robią tak nadal, o ile dochodzące mnie słuchy o niedbalstwie w Polsce są prawdziwe. Trudno zgadnąć dlaczego, gdyż czasu na przebieranie mają interniści i pokrewne im specjalizacje zachowawcze więcej niż zabiegowe, a noszona od co najmniej trzech dni koszula w kratkę z wyświechtanym niejednokrotnie krawatem i spodnie od tygodni nie prane i nie czyszczone, przypominają odległe czasy, kiedy lekarze operowali we frakach i cylindrach, a założone do pasa fartuchy miały na celu ochronę ich ubrania, a nie zdrowia pacjenta. Biały kitel na tle kolorowej koszuli, krawata i ciemnych spodni zawsze jest biały, nawet wtedy, kiedy jest już lekko szary. Przygnębiający jest widok zwisających spod białego kitla czarnych spodni i wystających stóp ubranych w czarne buty, zarówno w Polsce, jak i w Niemczech.

Różnica w zakresie schludności i czystości wdzianek u lekarzy i personelu pomocniczego zatrudnionych w lecznictwie otwartym jest między Polską a Niemcami dość wyraźna. I tu i tam panuje wprawdzie schludność i czystość, lecz kitle lekarskie i pielęgniarskie w Polsce tylko z pozoru stwarzają obraz „białego” lasu i, co za tym idzie, wrażenie, że polscy orędownicy higieny w medycynie są schludniej ubrani. Są to jednak tylko pozory. Utrzymanie czystości jest zawsze i wszędzie kosztowne, w służbie zdrowia też. I dlatego nie bez kozery trzeba w tym miejscu powiedzieć, że każda pielęgniarka, każda asystentka otrzymuje jeden raz w roku pieniądze od zatrudniającego ją w praktyce lekarza na ubiór dla celów zawodowych. Ubiór ten kupuje sama, przedstawia rachunek i otrzymuje zwrot pieniędzy, o ile ten ubiór istotnie ma charakter zawodowy. Sprawę tę regulują przepisy i nie można się od nich uchylić. To sprawia, że asystentki lekarskie w licznych praktykach lekarsko kasowych nie są tak jednolicie ubrane, jak ich polskie koleżanki, ale wrażenie czystoślicznych praktykach lekarsko – kasowych nie są tak zatem to, co się widzi w większości niemieckich praktyk lekarskich jest codzienną demonstracją hołdu składanego higienie, pamiętając, że to właśnie tej, zdawałoby się, mało znaczącej dziedzinie, zawdzięcza medycyna swoje niesamowite osiągnięcia w minionym stuleciu.

Może nie chodzi tutaj wyłącznie o samą biel, jako się już rzekło, bo ubiór tenisistów też był kiedyś obowiązkowo biały, ale kolor biały jest od czasu uznania aseptyki w medycynie kolorem standardowym zawodu medycznego. Jest wszelako także i postrachem dla chorych dzieci i nie należy o tym zapominać, kiedy ocenia się ubranie lekarza mającego z chorymi i przestraszonymi dziećmi dużo do czynienia. Słyszę tu i ówdzie od moich przyjaciół i bardzo dobrych lekarzy, że dzieci boją się bieli. Z pewnością tak, ale nie samej bieli. Dzieci boją się raczej tych, którzy w biel ubrani zadają im ból i nie zawsze łagodzą go prawdziwą lub pozorowaną dobrocią. Co by nie było, to przede wszystkim ubiór właśnie, nawiasem mówiąc każdy ubiór, a u lekarza w szczególności, stanowi o dobrym tonie i o szacunku dla pacjenta.

Lekarze niemieccy z reguły paradują „na cywila, ale mają na sobie nieskazitelnie czystą białą plamę na postaci kitla lekarskiego, żeby przypadkowy pacjent w poczekalni nie posłał któregoś z nich po papierosy i mają w stosunku do swoich pacjentek bardzo grzeczny, uprzejmy i serdeczny stosunek.

W naszej praktyce lekarskiej wprowadziliśmy z żoną, też ginekologiem, od razu reżim przebierania się od stóp do głowy na biało, lecz przypominam sobie, że opór ze strony asystentek był początkowo duży. Nie dałem jednak za wygraną i moje wytapetowane białością asystentki poprzestawiały w bardzo krótkim czasie swoje meble w mózgu wedle porzekadła, że nie tylko szlachectwo, ale także, a może nawet przede wszystkim, szlachetność naszego zawodu, zobowiązuje. Powiedzenie, że ubiór czyni człowieka, nie jest drwiącym określeniem odniesionym do dam w wytwornych sukniach i panów we frakach. Kto jest wytwornie ubrany czuje na sobie ciężar obowiązku wytwornego zachowywania się. Kto nosi na sobie ubiór znamionujący grupę zawodową pracowników służby zdrowia, a więc grupę o szczególnej odpowiedzialności wobec chorych ludzi, czuje nie mniej ten sam ciężar szczególnego obowiązku wywiązywania się z tej odpowiedzialności. Można po kolei wymieniać grupy zawodowe, gdzie dobrze i schludnie ubrany lub ubiorem naznaczony, a więc umundurowany człowiek, odczuwa potrzebę stosownego do tego ubioru zachowywania się. Za moich młodych czasów gimnazjaliści i licealiści nosili mundurki i ten strój obligował nas do odpowiedniego zachowania się w szkole i poza szkołą. Potem zrównano wszystkich, bo taka była treść ideologii komunistycznej.

O ile jednak w sposobie ubierania się Niemcy demonstrują prawdziwą, choć bardzo zróżnicowaną i sobie tylko właściwą higienę osobistą w swoich praktykach, o tyle same pomieszczenia są prawie bez wyjątku chyba najczystsze i najschludniejsze na świecie. Procentowo oczywiście, gdyż przy żmudnym szukaniu brudnych praktyk, znajdzie się pewnie tu i ówdzie także i nieco mniej schludna praktyka, na której ząb czasu pozostawił swój ślad, a ci którzy w tym czasie tam się znajdowali, tam się również starzeli i tam się zmieniali wraz z praktyką, wedle porzekadła tempora mutantur et nos mutamur in illis. Imperatyw utrzymywania lśniącej czystością i schludnością praktyki podyktowany jest oczywiście komercjalizacją, ale motyw, jakim kieruje się lekarz utrzymujący swoją praktykę w olśniewającej czystości nikogo nie interesuje. Liczy się wynik. Pamiętam moje pierwsze wrażenia wyniesione ze sklepów w kontakcie ze sprzedawcami na Zachodzie. Byłem rzecz jasna zauroczony grzecznością i uprzejmością tych sprzedawców, po długoletnich kontaktach z polskimi sprzedawcami, których bezczelność była w tamtym okresie bez granic i nie do zniesienia. Moje zachwyty po powrocie do domu skwitował mój kuzyn krótko:

- To nie jest żadna prawdziwa grzeczność, to jest uprzejmość sztuczna, nastawiona wyłącznie na komercjalizację.

- To mnie nie obchodzi opowiedział- To mnieówczas – nie interesuje mnie motyw, dlaórego ktoś jest dla mnie grzeczny i miły. Ważny jest sam fakt, że jest dla mnie miły i uprzejmy, gdyż w atmosferze szeregu takich doznań dobrze się żyje i dobrze wychowują się twoje dzieci. Nasze zaś, w Polsce, wychowują się w sklepach w atmosferze nie sztucznego, lecz prawdziwego chamstwa.

Podobnie ma się ta sprawa w praktykach lekarskich. Pacjenci otoczeni blaskiem lśniącej i dobrze wyposażonej praktyki, witani i żegnani miłym słowem, kontaktujący się z grzecznym i miłym lekarzem nie pytają, co się za tym kryje. Są przekonani, że zarówno lekarz, jak i personel praktyki przyszli wprost z nieba. W czystości otoczenia i w atmosferze grzeczności i serdeczności, ubiory personelu, jako się rzekło zawsze czyste i schludne, schodzą na drugi, trochę mniej znaczący plan, zwłaszcza, że Niemcy są do takiego nie oznakowanego ubiorem personelu przyzwyczajeni. W każdej prawie restauracji podchodzi do stolika jakiś cywil i pyta nas, czego sobie życzymy. W każdym domu towarowym trzeba się domyślać, czy ta pani to sprzedawczyni, a tamta to kupująca. Najłatwiej rozpoznać sprzedawczynie w zimie, bo nie mają na sobie płaszczy.

Można więc powiedzieć, że konfrontacja dotycząca czystości, schludności, po prostu higieny w medycynie wypada między Niemcami i Polakami, a chyba i z całym pozostałym światem, na korzyść Niemców. Jest to jednak kwestia dużych pieniędzy, ale nie pieniędzy państwowych, lecz własnych, pożyczonych w banku. Polacy zaś nie mają ani dużych, ani małych, ani państwowych, ani własnych pieniędzy, które mogliby przeznaczyć na zdrowie. Jeśli mimo to, tak słabo wyposażeni, tak zapomniani przez rząd i władze, tak oszukiwani i okradani w zakresie płac przez skorumpowany aparat rządzenia, dokonują jeszcze jakimś nadludzkim wysiłkiem utrzymania społeczeństwa przy jakim takim zdrowiu, to należy im się za to pochwała, ta sama, jaką polscy żołnierze zbierali na polu walki.

Czy jest to jednakże tylko kwestia dużych pieniędzy? Nie wydaje mi się. Byłbym bardziej skłonny sądzić, że przede wszystkim jest to kwestia kultury, a potem dopiero pieniędzy. Miałem okazję zobaczenia gabinetu lekarskiego w USA z racji przeprowadzania badań lotniczych dla zrobienia licencji FAA. Nie muszę nikogo przekonywać, że Ameryka jest o wiele bogatsza od Niemiec, a już w szczególności bogatsi są tam lekarze. To, co zobaczyłem w tamtym gabinecie przeszło moje najgorsze oczekiwania. Nigdy nie przypuszczałbym, że jakikolwiek lekarz może w takim „gnoju badać człowieka. Nie musiałgnoju” badać zasadzie być badany, bo moje badania były jeszcze aktualne i licencje europejskie też, ale jak to zwykle bywa, kiedy nie wiadomo o co chodziło, lub o co chodzi, to chodzi zawsze o pieniądze. Może ten gabinet był tylko wyjątkiem, może nawet jedynym wyjątkiem, ale nawet jako wyjątek był nie do przyjęcia. Boże chroń nas od takich wyjątków, ale jestem co najmniej głęboko przekonany, że nigdzie w Europie nie dopuszczono by takiego gabinetu do działalności lekarskiej. To jest Ameryka !

Trzeba chyba będzie jednak zadać sobie kilka dodatkowych pytań, aby uzupełnić obraz higieny w Polsce. Odpowiedzi na te pytania będą miały znacznie większy ciężar gatunkowy, niż te dotychczas i choć nie będą bezpośrednim rezultatem higieny osobistej, będą, w moim przekonaniu, miały niepodważalny związek niechlujstwa zewnętrznego z niechlujstwem wewnętrznym. Można się spierać o to, co wynika z czego, ale związek przyczynowo – skutkowy istnieje na

Przede wszystkim trzeba sobie powiedzieć i to z naciskiem, że Niemcy mają służbę zdrowia zorganizowaną, a więc mają jakąś tam organizację służby zdrowia, mniej lub więcej byle jaką, ale mają. I nieważne, czy się ona komuś podoba czy nie, ważne, że ona po prostu jest. Jaka by bowiem nie była, teraz zapewne gorsza od tej, która była kiedyś przed 10, 20 czy 30 laty, to nie da się zaprzeczyć, że jest. Skoro zaś jest organizacja, skoro jest także odpowiednia dyscyplina w jej przestrzeganiu, to jest po prostu porządek. I jaki by ten porządek nie był, dobry, czy zły, mądry, czy głupi, ważne, że jest i to jest najistotniejsze. Każdy porządek ustanowiony w dobrej wierze dla dobra pacjenta, który jest przestrzegany, jest dobry i „schludny, tak jak każde prawo, choćschludny”, tak głupie, jeśli jest przestrzegane jest dobre, zaś prawo mądre, lecz nie przestrzegane, jest złe. Trudno opisać szczegóły organizacyjne niemieckiej służby zdrowia w kilku zdaniach, bo są one zawarte i spisane szczegółowo w grubych i licznych tomach, ale w odniesieniu do wynagrodzeń, które w Polsce są największą osią niezgody, istnieje w Niemczech jednolita siatka płac, obowiązująca na terenie całej Republiki Federalnej Niemiec i żaden dyrektor nie może sobie wedle swego widzi mi się płacić komu chce i ile chce. Taki stan rzeczy uznano by w Niemczech w każdej dziedzinie, nie tylko w służbie zdrowia, za szczyt anarchii. Za organizację w służbie zdrowia, za umiejętność organizowania życia w każdej innej dziedzinie trzeba Niemców uznać także za schludnych psychicznie, co wyraża się w dążeniu do porządku, w odróżnieniu od Polaków, których skłonność do warcholstwa, nieporządku, bałaganiarstwa, etc. jest całkowitą odwrotnością wzmiankowanej schludności psychicznej. Pod tym względem higiena psychiczna Polaków, to zwyczajne bagno.

W Polsce nie ma żadnej organizacji służby zdrowia, po prostu nie ma jej w ogóle i nie ma niczego, co w zakresie organizacji służby zdrowia i nie tylko służby zdrowia z niemiecką organizacją można by porównać. To zaś, co się w Polsce uznaje za organizację zdrowia, jest kulminacją nieporządku i bałaganu. I ten właśnie brak jakiejkolwiek organizacji zdrowia, ta złota wolność dyrektorska podobna do złotej wolności szlacheckiej z epoki augustowskiej przed rozbiorami Polski, jest szczytem niechlujstwa, z którego bierze się całe dalsze zło. Za ten stan rzeczy, za to niechlujstwo, bałagan i nieporządek, którym administruje każdy następny minister zdrowia, trzeba Polskę zdyskwalifikować jako państwo opiekuńcze w zakresie ochrony zdrowia swoich obywateli. Czerwona kartka i z boiska. Nie ma o czym dyskutować. Szkoda każdego słowa nawet wtedy, jeśli się założy, że przeciętny poziom wykształcenia polskiego lekarza i polskiej pielęgniarki jest, wedle mojego osobistego przekonania, wyższy od niemieckiego. Teoretycznie. Praktycznie bowiem lekarz niemiecki opuszcza uczelnię przygotowany do miłego i serdecznego kontaktu z pacjentem. Uczy się bowiem przez cały niemalże okres studiów tego, że jego miły stosunek do pacjenta, korespondujący z miłym i czystym otoczeniem, jest połową jego sukcesu.

Należy wprawdzie przy robieniu takiego porównania pamiętać, że ogromna ilość lekarzy, a także pielęgniarek w Niemczech to przybysze z zagranicy, z dyplomami i wykształceniem zdobytym poza Republiką Federalną Niemiec, ale to już nie ma istotnego znaczenia. Tę zupę ugotowali sobie Niemcy sami i fakt pozostaje faktem, chociaż jest to dyskusja na poziomie rozważań o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkanocy.

Jaki jest zatem stosunek lekarzy niemieckich do siebie, w tej ogromnej mieszance narodowej, rasowej i obcokrajowej, szczególnie zaś w odniesieniu do ginekologów, urologów i chirurgów w porównaniu ze stosunkiem tych samych lekarzy do siebie w Polsce? Trzeba przyznać, że wynik wypada zdecydowanie na korzyść Niemców. Ten zdecydowanie korzystny stosunek lekarzy do siebie zawiera w sobie pewną relatywność, uwarunkowaną przede wszystkim tym, że język niemiecki jest ubogi w słowa uznane za nieprzyzwoite i nawet gdyby lekarzom niemieckim chciało się grubiańsko zakląć, to mieliby trudności w doborze słów. Język polski zaś jest bogatszy, a szczególnie bogaty jest w słowa, uznane za nieprzyzwoite i aż się prosi, żeby robić z nich od czasu do czasu użytek. Najczęstsze słowo uznane w Polsce za nieprzyzwoite i używane zamiast przecinka i kropki, to „kurwa”, co w języku niemieckim oznacza zakręt, krzywą linię, wykres i tym podobne określenia pochodzące z łaciny. Kiedy Polacy więc „sypią ą” czasie dyskusji, mniej lub więcej podnieceni „kurwami”, to większość przysłuchujących się tej dyskusji Niemców przypuszcza, że dyskutują oni na temat dróg, geometrii, albo jakichś wykresów. Jak bardzo jest to słowo pozbawione nieprzyzwoitego znaczenia ilustruje pewne zdarzenie, jakie przytrafiło mi się w pierwszych latach naszego pobytu w Niemczech. Wróciłem właśnie w strugach deszczu samochodem z praktyki do domu na obiad, a chwilę po mnie przyszła moja wówczas 12-letnia córka. Ze łzami w oczach i z żalem w głosie rzekła do mnie wobec oniemiałej i nie znającej niemieckiego babci: Tatusiu, widziałam Cię cej niemieckiego kurwie, i winkowałam Ci (kiwałam Ci), a Ty się nie zatrzymałeś!

Babcia skrzyczała wnuczkę za używanie takiego nieprzyzwoitego wyrazu, a my z żoną mieliśmy kłopot, jak wytłumaczyć babci, że słowo to oznacza po niemiecku zakręt i jest powszechnie w tym sensie używane, a z nieprzyzwoitością nie ma nic wspólnego. Podobne zdarzenie przeżyliśmy w Polsce wiele lat potem, kiedy nasza córka była już studentką i w bardzo nobliwym towarzystwie opowiadała swojej sąsiadce, że się rozstała ze swoim chłopcem. Zapytana przez nią dlaczego, odpowiedziała: „ Aaa, bo to był taki chuj. Towarzystwo na moment zesztywniał”. Towarzystwo na oka mgnieniu przeszło nad tym do dalszej rozmowy, zakładając słusznie, że córka nasza musiała nie wiedzieć, co to słowo w polskiej mowie oznacza. Po powrocie do domu zapytaliśmy ją, co chciała wyrazić tym słowem swojej sąsiadce przy stole. Odpowiedziała krótko i bez wahania, że chciała powiedzieć, „ bo był to taki prostak”. Słyszała bowiem, że jak mówiono o jakimś mężczyźnie w ten sposób, to był to z reguły właśnie prostak. Kiedy powiedzieliśmy jej, co to oznacza w polskiej mowie, wybuchła śmiechem i krzyknęła: Oh, jak pięknie!

Wracając po tej krótkiej dygresji do tematu, skwituję go krótko. Między lekarzami niemieckimi panuje oficjalnie ton bardzo uprzejmy, grzeczny, a nawet ugrzeczniony, wyrażający stałą gotowość do dobrej współpracy i współżycia. Jest to bowiem jedyna dopuszczalna reklama, po której można się spodziewać, że indagowany kolega przyśle nam pacjentkę do konsultacji, a wraz z nią pieniądze. Wszelkie negatywne uwagi pod adresem kolegi, który naszym zdaniem, źle leczył pacjentkę, uderzają na powrót rykoszetem i wracają jak bumerang. Jeśli zaś dostają się w gestię Izby Lekarskiej, mogą nawet być bardzo drogie. Zdarzyło mi się w Polsce w okresie moich młodych i buńczucznych lat kierowania oddziałem, że pod wpływem kiepskiego humoru zapytałem pacjentkę po obejrzeniu blizny, co to za rzeźnik ją operował. Odpowiedziała spokojnie: “Sam pan doktor !” Nie trudno się domyśleć, że miałem trochę kłopotu z nawiązaniem dyskursu. Chyba zacząłem się z siebie śmiać.

To samo dotyczy stosunku do personelu średniego i do pacjentek, który owocuje adekwatną do tego stosunku liczbą pacjentek, czyli większą, lub mniejszą ilością pieniędzy. Nie ma takiego dnia, żeby nie przytrafiła się jedna, lub kilka takich, które miałoby się ochotę chwycić za hajdawery i wyrzucić za drzwi, ale trzeba się opanować, podobnie jak ten student, którego zapytano, czy nie odczuwa potrzeby mycia nóg. Potrzebę to ja odczuwam – odpowiedział tylko ja się potrafię opanować.

Odpowiedni zatem, grzeczny, miły, uprzejmy i koleżeński stosunek do otoczenia jest jedną z najlepszych reklam praktyki lekarskiej, czy oddziału szpitalnego. Reklamy te na szczęście nie są jeszcze reglamentowane przez Zjednoczenia i Izby Lekarskie. Jest także jedyną możliwością reklamowania się. Pozostałe bowiem, z których polska służba zdrowia korzysta często i gęsto, kolorowe i krzykliwe, są w Niemczech zabronione, lub tak bardzo ograniczone w wymiarze, treści i ilości, że samo napisanie przepisów regulujących reklamowanie się zajęłoby wszystkie strony każdego czasopisma w Polsce. Szyld musi mieć taki a nie inny wymiar, taką a nie inną treść, a ogłoszeń reklamowych w gazecie nie wolno umieszczać w ogóle. Wszystko co wystaje ponad te przepisy uważane jest za nieuczciwą konkurencję i jest ścigane prawem cywilnym. Mamy więc kolejny dowód na to, że komercjalizacja jest dobrym motywem ułożenia stosunków międzyludzkich, także w medycynie.

Nie podejmuję się próby porównywania form współżycia ze sobą lekarzy w Niemczech i w Polsce, bo musiałbym opierać się na faktach zasłyszanych od pacjentek i kolegów w, a więc na doznaniach z reguły subiektywnych, czyli zawsze względnych. Poza tym mam głębokie przekonanie, że opisany wyżej brak organizacji służby zdrowia w Polsce nie wytrzyma żadnej próby porównawczej ze zorganizowaną służbą zdrowia w Niemczech.

Na deser miałbym jeszcze Izby Lekarskie, które robią w Niemczech to samo, co Izby Lekarskie w Polsce, czyli nic. To jednakże odrębny temat i już się nim zajmowałem, na zamówienie nawet. Doszedłem wszelako do wniosku, że pisma zainteresowane tym tematem były i są nadal na garnuszku funkcjonariuszy polskich Izb Lekarskich, zbyt dobrze opłacających siebie i powołanych przez siebie redaktorów. Trudno więc przypuszczać, że pozwolą swoim poddanym na obrzucanie ich przykładami zza miedzy. Szczególnie w sytuacji, kiedy ich niemieccy koledzy z Izb Lekarskich wprawdzie też nic nie robią, ale za to nicnierobienie także nic nie dostają, „pracują społecznie, czyli honorowo. Oddałem więc tę konfrontację ą” społecznie, dobrodusznym przekonaniu, że pisząc taki kontrowersyjny artykuł mógłbym wywołać burzę w szklance i pozbawić chleba moich przemiłych kolegów w Polsce. O Izbach Lekarskich warto i trzeba pisać, ale tylko w niezależnym piśmie lekarskim.

Zbigniew Szczepański

powrót do spisu treści

powrót do listy numerów archiwalnych

powrót do strony głównej