powrót do spisu treści

powrót do listy numerów archiwalnych

powrót do strony głównej


Specjalizacja po reformie


Rozmowa z Anną Zygler-Przysuchą, lekarką z pierwszym stopniem specjalizacji, która zakwalifikowała się na rezydenturę

Rozmawiał R. Kulik




RK: Dostałaś się na specjalizację. Opowiedz, jak w ogóle było. Złożyłaś papiery do Mazowieckiego Centrum Zdrowia i co dalej?

AP: Złożyłam papiery, zrobiłam to ostatniego dnia przewidzianego terminu, zresztą nie osobiście tylko przez posłańca. Moje papiery nie były kompletne (brakowało pewnych informacji), ale przyjęto je, więc bardzo uprzejmie mnie potraktowano.

RK: Zatem spotkałaś się z życzliwością ?

AP: Tak, byli bardzo życzliwi. Uzupełniłam papiery po trzech dniach i w zasadzie zrobiłam to telefonicznie.

RK: Czy miałaś już wtedy zgodę szefa?

AP: Nie. Starałam się o rezydenturę, bo nie mam etatu, nie mam miejsca pracy.

RK: Czy znałaś liczbę osób ubiegających się o specjalizację?

AP: Tak, były wywieszone informacje liczbowe – ilości osób starających się o rezydenturę, liczbie obcokrajowców, osób posiadających etat, itd.

RK: Złożyłaś papiery, życzliwie Cię potraktowano, informacje były satysfakcjonujące i jakie były Twoje dalsze losy?

AP: Mniej więcej w pierwszych dniach lutego dostałam listowne zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną, której celem miało być sprawdzenie predyspozycji psychicznych do robienia tej specjalizacji. List bardzo elegancko informował o składzie komisji.

RK: Udałaś się na rozmowę kwalifikacyjną i co tam zastałaś, wyczekujący tłum wystraszonych ludzi?

AP: Rzeczywiście tłum, ale nie wystraszonych tylko bardzo sympatycznych, zdyscyplinowanych ludzi, którzy nie wydawali mi się bardzo zdeterminowani. Odniosłam wrażenie, że to było raczej rozeznanie tereniu i takie wiesz „może się –

RK: Czy większość to były osoby, które miały już jedynkę?

AP: Tak, większość miała jedynkę, ale były też osoby bezpośrednio po stażu.

RK: Jak wyglądała sama rozmowa?

AP: Rozmowa, która w zasadzie, z założenia, miała być rozmową luźną w temacie była czysto teoretycznym egzaminem, sprawdzającym książkową wiedzę temacie zakresu ginekologii i położnictwa na poziomie pierwszego stopnia specjalizacji

RK: Kto zasiadał w komisji egzaminacyjnej?

AP: Ja miałam: pana prof. Radowickiego, panią doc. Dmoch, pana docenta Babloka i kogoś czwartego nie wiem, kto to był. Komisja był czwartego – nie raczej życzliwie nastawiona do kandydatów.

RK: Czy długo trwała ta rozmowa?

AP: Mniej więcej 15-20 minut.

RK: Dostałaś na raz wszystkie pytania, czy zadawano je jedno po drugim?

AP: Jak ja dostałam... po kolei miałam pytania – zadawane

RK: Pamiętasz, o co Cię pytano?

AP: Pierwsze pytanie to było „krwawienia w trzecim okresie porodu, potem „trzecim okresie porodu”, potem „grzybice pochwy prognoza na przyszłość. Potem miałam.. co ja jeszcze miałam aha: „”. Potem miałam.. co ja kolejne, ostatnie pytanie miało charakter ogólny „czym się interesuję – czym chciałabym się zająć w ginekologii”.

RK: Te pytania są raczej dosyć trudne. Chociaż osobom już związanym z ginekologią zapewne nie sprawiłyby trudności. Czy kandydaci, którzy startowali od zera i nie mieli jedynki, otrzymywali podobne pytania?

AP: Tak, dostawali pytania podobne, z tym, że zakres odpowiedzi, której od nich oczekiwano obejmował raczej wiedzę studencką.

RK: Kiedy się dowiedziałaś o wyniku tej rozmowy?

AP: O wyniku dowiedziałam się uhh.., jakieś dwa tygodnie później, ale dokładnie nie pamiętam.

RK: Ale jeszcze przed testem?

AP: A skąd! po teście.

RK: Czyli wszyscy zainteresowani zostali dopuszczeni do testu?

AP: Tak, wszyscy zostali dopuszczeni do testu. Nasze wyniki wywieszono w postaci listy dopiero po teście.

RK: Ile zdobyłaś punktów?

AP: Chyba siedemdziesiąt osiem z testu, a z rozmowy miałam chyba 48 nie pamięam

RK: Czy każde pytanie było jakoś punktowane?

AP: Tak, każde pytanie miało swoją punktację, ale nie umiem Ci w tej chwili odpowiedzieć, jaką. Przeczytałam wynik i zapomniałam. Chyba się po prostu nad tym nie zastanawiałam.

RK: A ilu było chętnych w Warszawie?

AP: Wydaje mi się, że było 25 osób na pięć miejsc.

RK: W Mazowieckim było dużo więcej miejsc.

AP: Mam na myśli rezydentury, na które kwalifikacja była oddzielna. Podobnie oddzielne miejsca (2 lub 3) mieli obcokrajowcy.

RK: Wróćmy teraz do momentu po rozmowie kwalifikacyjnej. Co było dalej?

AP: W międzyczasie zostałam powiadomiona o teście, bez specjalnego wyjaśnienia, dlaczego. Pierwotnie, o ile dobrze zrozumiałam, miała być tylko rozmowa kwalifikacyjna. I wyłącznie na jej podstawie, zależnie od ilości zdających osób, miała odbywać się kwalifikacja.

RK: Czy tak Ci powiedziano na wstępie, że nie będzie w ogóle testu, tylko że decyduje rozmowa?

AP: Tak zrozumiałam. Ale na jakieś dwa tygodnie przed egzaminem zostałam powiadomiona, że mam pisać test z medycyny ogólnej. Początkowo odebrałam to jako jakąś pomyłkę, bo było powiedziane, że egzamin z medycyny ogólnej ma dotyczyć tylko osób, które starają się o specjalizację bezpośrednio po stażu.

RK: Jak wyglądał ten test ? Czy list zawiadamiający o teście informował o jakichś szczegółach?

AP: Tak. Podano zakres testu, który miał obejmować anatomię kliniczną, patologię kliniczną i wiele innych (wszystko miało być kliniczne), była też „biomedyka nie wiem, co to jest biomedyka. To znaczy przepraszam „bioetyka, nie „biomedyka” – dziś nie wiem, co to w ogóle znaczy i nikt nie umiał mi odpowiedzieć, nawet w Centrum, co to jest, i zakres jakiej wiedzy obejmuje.

RK: A czy były dostępne jakieś materiały?

AP: Nie, nic nie było określone, nie wiadomo było, jakie obowiązują podręczniki.

RK: To z czego się przygotowywałaś?

AP: Z niczego, właściwie nie uczyłam się do testu. O wiele więcej uwagi poświęciłam rozmowie kwalifikacyjnej, bo uważałam, że tu mogę coś sobą zaprezentować. Natomiast dla mnie osobiście egzamin z ogólnej medycyny po ośmiu latach od skończenia studiów ogólnych jest, no, dość wysoką poprzeczką, po prostu.

RK: Jednak uzyskałaś całkiem dobry wynik, jeżeli to było 78 punktów na 100 – to jest dobry

AP: Na 120.

RK: Pamiętasz jakieś pytania testowe?

AP: Pytania były z medycyny ogólnej. Niektóre bardzo dziwne, np. o rodzaje komórek nerwowych, jakichś glejowych, różnych, itd. Tak, że na wiele pytań odpowiadało się „na czuja”.

RK: Czy to był test typu „jedna z czterech, czy jakiś czterech”, czy

AP: Różnie. „Jedna z czterech albo trzeba było wybrać kombinację kilku odpowiedzi. Na wynik trzeba było długo czekaćczterech” albo trzeba dwa tygodnie.

RK: Kiedy się dowiedziałaś, że dostałaś się na specjalizację?

AP: po ogłoszeniu wyników testu to już było niedługo, kilka dni. Natomiast potem był problem rzeczywiście dosyć długiego czekania – ponadółtora miesiąca, do dwóch na przyznanie miejsc. Wcześniej niż ch szpitalach warszawskich były propozycje robienia tych rezydentur w ramach szpitali wokół Warszawy. Otrzymałam propozycję pracy w Siedlcach nie był to jednak żSiedlcach – nie był to jednak żaden nakaz,

RK: Jako matce z dwojgiem dzieci, byłoby Ci dosyć trudno dojeżdżać codziennie z Warszawy do Siedlec na godzinę siódmą. Gdzie w końcu znalazłaś miejsce?

AP: W swoich papierach każdy kandydat dawał propozycję, gdzie chciałby odbywać rezydenturę. Ja dałam dwie propozycje: szpital na Inflanckiej, który jest w jakimś sensie moją rodzimą instytucją oraz szpital na Czerniakowskiej, gdzie ze względu na staż i pracę mojej mamy jestem bardziej związana emocjonalnie. Dostałam możliwość robienia specjalizacji na Czerniakowskiej.

RK: Otrzymałaś coś w rodzaju skierowania?

AP: Mam skierowanie do pana docenta Dębskiego. Jeszcze nie zdążyłam się przedstawić.

RK: Kiedy zaczynasz?

AP: Nie jest to jeszcze uzgodnione z drugą stroną, czyli ze szpitalem, ale chciałabym od pierwszego lipca.

RK: Będziesz otrzymywała pensję z Ministerstwa Zdrowia, jakie kolejne formalności z tym związane Cię czekają?

AP: Mam papiery, które dostałam w Centrum, muszę zanieść je do kadr szpitala.

RK: A ile będziesz zarabiała?

AP: Otrzymałam ustną informację, że 1800 zł brutto.

RK: Dziękuję, że chciałaś podzielić się swoimi wrażeniami.



powrót do spisu treści

powrót do listy numerów archiwalnych

powrót do strony głównej